Malowanie mebli - hit czy kit? Wszystkie błędy jakie popełniłam

15.2.16

Ostatnio pasjami przeglądam wpisy na facebookowej grupie o tym jak urządzić własne mieszkanie. Sporo tam produkcji DYI (którego jestem ogromną fanką), a wśród nich prym wiodą przemalowywane meble. Mnóstwo ludzi to najwyraźniej robi lub chce zrobić, no i trudno się temu dziwić. Nowe meble są drogie albo z IKEI, a zawsze fajnie pochwalić się produkcją (prawie) własnych rąk, która sprawia że to jedyny taki mebel na planecie. Sama uległam tej pokusie i... nawet nie żałuję.


Oczywiście mówię o malowaniu mebli okleinowanych, bo nie jest to tak oczywiste jak zabawa z drewnem. W sieci właściwych tutoriali nie brakuje i całość w teorii sprowadza się do kilku czynności: znaleźć mebel, zmatowić, odtłuścić (ja robiłam to acetonem), pomalować, zmatowić, pomalować (i tak do uzyskania jednolitego koloru). Czym malować? Podobno najlepiej farbą kredową, ale nie potwierdzę, bo znam ją tylko z opowiadań. Na drugim miejscu wskazywania jest emalia akrylowa i taką kupiłam, bo jest - w przeciwieństwie do kredowej - pod ręką.

Po tym jak sami zrobiliśmy kuchnię, okazało się że jedna szafka się nie zmieści. Zmieniły się wymiary podczas montażu i wyjątkowo nieforemna (niska, ale głęboka) szafka nad lodówkę straciła przeznaczenie. Jako że absolutnie nie dało się jej nigdzie powiesić, Małżonek oczywiście chciał ją wyrzucić, bo on uwielbia pozbywać się rzeczy w jego mniemaniu zbędnych. Ja natomiast widziałam w niej potencjał. Pewnego dnia przyszli goście. Mieliśmy już nową sofę, ale nie dorobiliśmy się jeszcze stolika kawowego tudzież ławy, w chwili olśnienia ustawiłam w salonie zapomnianą szafkę. Okazała się tak wygodna, że postanowiliśmy zaadaptować ją docelowo. Oczywiście najłatwiej jest, kiedy mamy możliwość mebel rozebrać na części i każdą pomalować osobno. Jeśli jednak nie udaje się tego osiągnąć, trzeba maksymalnie dobrze przygotować mebel do metamorfozy. Tak, żeby potem móc skupić się tylko na malowaniu. O co chodzi? Zaczęłam od wymiany plecówki (stara miała dziury wycięte pod zawieszki). Tył płyt stanowiących korpus szafki był oczywiście niezalaminowany, więc żeby lepiej się go malowało, zaszpachlowałam płytę wiórową szpachlą do drewna. Pod szpachlą ukryłam też mimośrody. Miejsca na styku plecówki z płytą meblową zaakrylowałam, żeby nie podciekała farba. Dopiero potem zabrałam się do malowania. Podkreślę jednak raz jeszcze: sukces przedsięwzięcia zależy w zdecydowanej mierze od tego, jak przygotujemy mebel.

Kolor wyjściowy: jasny szary, kolor docelowy: ciemny szary od połowy, jasny żółty do połowy i w środku, a pomiędzy nimi, czarny wąski pasek.

Czas na błędy:

1. Dobór farby. Jakoś tak kiedyś kupiłam emalię marki Colours (produkt Casto, ok. 25 zł/ 0,5 l) i zafiksowałam się tylko na niej. Dopiero po użyciu emalii Beckersa (ok. 33 zł/0,5 l) zrozumiałam różnicę, która sprowadza się do rzeczy podstawowej: lepiej kryje. Farbą C. musiałam malować kilkukrotnie, choć już po drugiej powinno być zadowalająco.

2. Dobór narzędzia. Najlepszy do tego jest wałek z gąbki i kropka. Pędzel przydaje się do załomów, ale absolutnie nie do malowania całości, bo zostają po prostu nieładne smugi, a farbę nie sposób rozprowadzić równomiernie. Zanim do tego doszłam, byłam mocno sfrustrowana.

3.Wyobrażenia vs. rzeczywistość. W mojej głowie pomalowanie szafki 70x70x40 wydawało się banalnym i przyjemnym zadaniem. w rzeczywistości nie jest to takie super, wymaga koncentracji, poprawek i pewnej... tolerancji dla niedoskonałości. To nie jest malowanie maszynowe: powiedzmy to sobie wprost.

4. Lakierowanie. Nie wpadłam na to, że szafka która staje się ławą musi być jakoś dodatkowo zabezpieczona. Jednak musi - kocie pazury, przeciągnięcia innym ostrym narzędziem, gorące kubki itd - to wszystko uszkadza farbę. Więc przynajmniej wierzch trzeba było utwardzić. Oczywiście dopiero po zamalowaniu rys...

5. BHP. Zarówno w przypadku malowania, jak i lakierowania najpierw warto... poodkurzać. Wszystko po to, żeby w powietrzu podczas chodzenia jak najmniej unosiło się pyłu, sierści i innych domowych resztek. Z tego samego powodu najlepiej malowany przedmiot ustawić na pewnej wysokości. Im dalej od podłogi, tym lepiej. Te środki bezpieczeństwa nie są przesadzone. Każdy najmniejszy paproch na emalii będzie widoczny doskonale. Panoramicznie wręcz. Usuniecie go w trakcie malowania zaburzy natomiast kładzioną warstwę, a po wyschnięciu z kolei bardzo trudne (choć jak się tak zdarzy, to rzecz jasna, nie ma wyjścia).

6. Szpachlowanie. Czasem okazuje się niezbędne - w przypadku dziur (np. po uchwytach), czy uszkodzeń mechanicznych, albo - jak u mnie -, żeby szpachla poudawała równą płytę. Ja korzystam z oferty Pufasa i jestem w pełni zadowolona - szybko schnie, łatwo się szlifuje. W przypadku malowania szpachli myk jest jednak taki, że niezbędne jest szlifowanie idealne. Każda niedoskonałość będzie widoczna nawet bardziej niż ten nieszczęsny brud, a poprawki po wyschnięciu są jeszcze trudniejsze. Przerabiałam to kilkukrotnie i nauczyłam się wreszcie, że lepiej powstrzymać chęć malowania i dobrze mebel przygotować, niż kląć potem na czym świat stoi. Dlatego: najpierw szpachlujemy, czekamy aż wyschnie, potem szlifujemy. Szpachla lubi opaść, więc warto odczekać nieco dłużej i najwyżej nałożyć kolejną warstwę. Szlifowanie z kolei najlepiej wychodzi kostką albo papierem przyklejonym do jednej twardej powierzchni. Dzięki temu będzie można trzeć powierzchnię jednolicie.

7. Zacieki. Nierówna szpachla, paprochy i zacieki - trzy zmory malarza, znam je wszystkie ;). Najczęściej powstają dlatego, że nie zauważyło się, ze farba gdzieś spływa. Malujemy np. tylko jedną stronę frontu szafki, a tymczasem podstępny zaciek robi się gdzieś na boku, bo wiadomo, wałkiem wyjedziemy poza płytę, zmieni się nacisk, gąbka odda coś z siebie. Emalia szybko zasycha i robi się problem. W idealnym świecie należałoby po prostu nakleić taśmę malarską. I robić tak przy każdej warstwie (taśma niezdjęta zaraz po malowaniu grozi oderwaniem razem z farbą). Ja radzę sobie nieco inaczej - po pomalowaniu przeciągam palcem, po bokach płyty i zdejmuję nadmiar farby. To pewnie niezgodne ze wszystkimi sztukami świata, ale szybkie i jak dla mnie skuteczne. Dodam, że nie znoszę używać rękawiczek ;).

8. Poprawki. Jak napisałam wyżej, emalia wysycha szybko. Dlatego warstwy należy kłaść równomiernie i w razie potrzeby wyrównywać od razu. Wystarczy chwila zapomnienia i płynna farba zamieni się w lepiącą masę, a poprawka w małą wpadkę. Kolejne warstwy powinny to wyrównać, ale dużo zależy od farby i koloru pokrywanego mebla.

Efekt? Jak na zdjęciu. Ten żółty w środku mógłby być jednak bardziej żółty, ale już szkoda mi było kasy na kolejną puszkę i chęci na kolejne warstwy (to było przed Beckersem). Czarny pasek zrobiłam farbą tablicową (z bliska nie jest idealny, mimo użycia taśmy, ale już pisałam, że nie jestem mistrzem odcinania). Jak dla mnie, na to że kiedyś była to szafka nad lodówkę, jest OK. Szczerze mówiąc, nie za bardzo chce nam się teraz kupować prawdziwą ławę, bo niewiele ma tak sprytny i pakowny schowek. Przegrały z nią m.in. hiper modne obecnie stoliki z okrągłym blatem i wykrzywionymi drewnianymi nogami (jak nie wiecie jakie, to otwórzcie na dowolnej stronie gazetę wnętrzarską, pewnie tam taki znajdziecie). Ładne są, ale nie za wiele się tam - w porównaniu do naszej szafki - zmieści. Nie wspomnę o radości, którą sprawiają kółka, dzięki którym ławoszafka jest super mobilna.

Drugim meblem jaki malowałam było łóżko. Historia łóżka w innym poście. Żebyście się nie mogli jej doczekać, dodam że ono było nie tylko malowane, ale i... tapetowane.

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Nie lubię jak coś się marnuje, a trzeba wydać kasę na nowe. Świetny pomysł z tą szafką w roli stolika :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś znajomy pomalował meble używając zwykłego pędzelka. To był największy z możliwych błędów. Nie dość, że było mnóstwo nierówności to na powierzchni pojawiły się oczywiście włosy z pędzla. Także, racja - jak najbardziej wałek z gąbki do takiego malowania.

    --
    J
    http://completehome.pl

    OdpowiedzUsuń

Like us on Facebook

Flickr Images