Cegła dekoracyjna - jak kłaść i nie kląć? Przegląd kilku naszych błędów

28.2.16

Wieeem, teraz wszyscy robią cegłę. Ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że chciałam ją mieć zanim dowiedziałam się, że jest to modne. Najpierw plan był taki, żeby ułożyć ją na ścianie o powierzchni ok. 14 m2. Ostatecznie wybraliśmy jednak inną - ok. 4 m2. I to była bardzo dobra decyzja. Tę 14 chyba jednak pomaluję.

Początkowo miała to być biała cegła wpasowująca się w klimat loft-scandi, który przewodzi w naszym mieszkaniu. I naprawdę to miała być cegła - tzn licówki z cegły, która od wielu lat zalega na rodzinnej działce. Okazało się jednak, że jest to dość karkołomne przedsięwzięcie, bo tę cegłę trzeba jednak zawieźć do kogoś, kto utnie po dwa lica ze sztuki (1,50 za cięcie), a lekka to ona nie jest. Dlatego uznaliśmy, że kupimy "a la cegłę".  Akurat na rynek firma Stegu wprowadziła Parmę - białą gipsową "cegłę" z gotową fugą. Przeszło mi dopiero, jak zobaczyłam produkt na żywo. Płytki okazały się za grube i za idealne, jak na efekt muru.

Cegły szukałam po marketach budowlanych, bo o ile w sieci jest taniej, to jednak zdjęcia nie oddają rzeczywistości, a wysyłka bywa brutalna. Ostateczny wybór padł na produkt firmy Stone Master - Milano.

Ogólny wniosek jest taki, że cegłę kładzie się łatwiej niż tapetę. Mieszasz klej, kładziesz go pacą na cegłę i doklejasz do ściany, a potem w szczeliny wciskasz fugę. "Łatwiej" nie oznacza jednak szybko i bez wysiłku.

Zacznijmy od początku, a początkiem jest przygotowanie ściany. Nasza już została pomalowana farbą lateksową więc kładzenie na niej płytek było ryzykowne. Kilka dni spędziłam więc z najgrubszym możliwym papierem ściernym. Nie starłam całej farby, ale zrobiłam bardzo, bardzo dużo rys sięgających tynku, no i zmatowiłam całość. Potem dwukrotnie jeszcze małżonek nałożył na to grunt. Uznaliśmy, że jest gotowa.

Lista zakupów (oprócz cegły)

Klej: w sklepie pan z automatu położył mi na wózku oryginalny klej SM twierdząc, że inaczej stracę gwarancję na kamień. Problem w tym, że było go jakieś 15 kg w dużym wiadrze (cena ok. 50 zł). Po przyciśnięciu pan wyliczył jednak, że potrzeba mi 5-8 kg. W związku z tym, że nie mam gdzie w domu składować pozostałych 7 kg kleju, poprosiłam o polecenie czegoś innego. Wybór padł na klej elastyczny Knauf (30 zł/ 10 kg, ale w proszku, czyli do rozrobienia).

Paca: producent zalecił 8 mm i kupiłam za kilka złotych taką jak na zdjęciu. Wybór przypadkowy, ale kształt okazał się idealny.

Tarcza do szlifierki: diamentowa, kupiliśmy Vulcano za 20 zł i była okej (choć usilnie namawiano mnie na Boscha za 50 - tak to jest chyba, jak baba idzie do budowlanego).

Niezbędna okazuje się także poziomica, drabina, wiadro wody i dużo gąbek do naczyń.

No to teraz czas na błędy, choć przyznaję, że wyjątkowo nie ma ich wiele:

1. Ściana była krótka, więc często trzeba było ciąć płytki. Chciałam być samowystarczalna (szlifierka mnie trochę przeraża), więc cięłam piłką do metalu. Była wspaniała! Przez pierwsze dwa cięcia... Potem okazało się, że ją stępiłam. Nie mogąc w to uwierzyć, stępiłam też piłę do drewna ;). W końcu odpuściłam i mąż zaczął wychodzić na balkon ze szlifierką. Dodam, że wychodziło to estetycznie i nic się nie kruszyło.

2. Wybrane przez nas płytki miały co do zasady kolor pomarańczowy, choć w każdym pudełku było też trochę białawych (że niby ochlapanych zaprawą) i czarniawych (że niby przypalonych). Trudno było nam na początku przyjąć jakąś taktykę doboru kolejności. Producent zalecał, żeby brać losowo z kilku pudełek na raz, ja z kolei wymyśliłam, że te "brzydsze" schowam za sofą i witryną, która miała na ścianie zawisnąć. Ojciec powiedział: nigdy nie robi się takiego założenia. I miał rację, bo ostatecznie witryna trafi gdzie indziej ;). Na szczęście całość wygląda mimo wszystko spójnie.

3. Przyjęłam założenie, że chcę mieć fugi. Ich szerokość oceniłam na ok. 8 mm- centymetr. Początkowo tyle miejsca też zostawiłam pod sufitem. I tu mąż zasugerował, że zarówno tam, jak i na łączeniu ze ścianą malowaną, lepiej wyglądają płytki kładzione "na styk".

I jeszcze garść praktycznych porad


Na logikę cegłę kladzie się od dołu. Przy takim podejściu jednak, u zbiegu ściany z sufitem, pojawią się cegły docinane na wymiar nie tylko na szerokość, ale i na długość. A to z kolei mogłoby zepsuć cały efekt. Dlatego - mimo obiekcji, jak to będzie się kładło wbrew grawitacji -, zaczęłam kłaść od góry. I to była bardzo dobra decyzja  - klej trzymał doskonale, cegły osuwały się najwyżej o kilka milimetrów, ale im bardziej zastygał, tym precyzyjniej można ją było osadzić. Niespodziewanym bonusem tej decyzji było to, że górę ściany, która wymaga wchodzenia po drabinie, częstego schodzenia, robiłam ze świeżymi siłami. Dół już ich ostatkiem ;).

Ścianę zaczęłam robić sama, a od 1/3 robiliśmy ją we dwoje i robota bardzo przyspieszyła. Samodzielnie to harówka, której nie polecam. W sumie zajęło nam to 7,5 godziny.

Ściana, na której kładłam cegłę, ma szerokość około półtora metra. Po ułożeniu każdego rzędu, przykładałam metrową poziomicę i za jej pomocą wyrównywałam ewentualne różnice poziomów (po prostu dociskałam nią do góry cegły gdzie trzeba). To fajne rozwiązanie, gwarantujące że nie zgubimy linii prostych w trakcie pracy. Przyklejoną płytkę można ruszać jeszcze przez około 10 minut.

Klej nakładałam równo niemal na całą płytkę. Po przyłożeniu do ściany troszkę nią poruszałam w górę i w dół i delikatnie dobiłam pięścią z każdej strony (delikatnie, a i tak jedna pękła w tym momencie, więc uważajcie). Kolega z pracy, któremu ścianę kładł fachowiec opowiadał, że po jakimś czasie kilka cegiełek odpadło. Odkrył, że nosiły one na sobie zaledwie śladowe ilości kleju, dlatego jak postanowiłam go nie żałować.

I jeszcze: ciężko uniknąć brudzenia cegieł klejem, dlatego warto wcześniej zaopatrzyć się w wiadro wody i gąbki do naczyń. Mokrą gąbeczką szybko i łatwo brud usuniemy. 

Haczyk tkwi w fugowaniu

Już po położeniu cegieł ściana wyglądała dobrze. Gdyby nie to, że prześwitywała farba, na której była kładziona, namawiałabym męża żeby zrezygnować z fugi. Fugować można zwykłą fugą do płytek, fugą do kamienia albo po prostu klejem. Ten, którego używaliśmy wydawał się trochę za ciemny. W sklepie pan pojaśnił mi, że właściwie każdy będzie miał taki kolor, ponieważ każdy jest na bazie cementu. Ale! Jest coś takiego jak klej do marmuru, który ma w składzie cement biały, dzięki czemu klej jest jaśniejszy (czego wymaga prześwitujący marmur). Na półce był tylko jeden taki produkt - Mapei, ale cenowo nie odbiegał od innych (ok. 22 zł / 5 kg). Ten sam pan odradził kupno wyciskacza do fugi o ile nie zamierzam wykorzystywać go więcej niż raz, ponieważ kosztuje ok. 30 zł. Zaopatrzyłam się więc w strzykawki.

Pierwsza godzina fugowania była trudna. Klej, choć rozrobiony na rzadko, zatykał strzykawkę (używałam zarówno mniejszych, jak i tej największej 100 ml) i blokował tłok. Średnio sprawdziła się też rada, żeby po nałożeniu kleju, rozprowadzać go mokrym pędzlem, ponieważ zostawały smugi po włosiu i wyglądało to nienaturalnie. No i trzeci problem: o ile przy klejeniu cegły brudziły się trochę, tu brudziły się strasznie, więc gąbka była w ruchu non stop, a wodę trzeba było wymieniać co chwilę, żeby nie rozprowadzać po cegłach brudnej.

W sumie zafugowaliśmy ścianę w trzech podejściach. Raz z braku czasu, dwa że raczej inaczej się nie da. Po wyschnięciu kleju niezbędne są poprawki. Mogą pojawić się pęknięcia i szczeliny, których wcześniej nie było widać. Poza tym to praca wymagająca dużej precyzji i skupienia. Lepiej jej nie robić, jeśli mamy dość, jesteśmy wkurzeni czy zmęczeni, bo szkoda potem efektu.

Udało nam się jednak wypracować pewne metody, które przyspieszyły i ułatwiły temat:

1. Choć małe strzykawki mają mniejszy "dzióbek" i teoretycznie łatwiej dotrzeć do małych szczelin, lepiej używać dużej, którą trzeba rzadziej napełniać, a na tłoku ma gumę ułatwiającą popychanie

2. Strzykawkę najlepiej napełnić do około połowy, większa ilość może wręcz uniemożliwić popychanie tłoka.

3. Po każdym opróżnieniu strzykawki, należy ją dość dokładnie opłukać i dopiero potem nakładać do niej klej (robiłam to łyżeczką).

4. Fugę rozprowadzałam małym palcem. To po czasie dość bolesne dla palca i grozi otarciem naskórka, ale - jak pisałam kiedyś - nie pracuję w rękawiczkach, bo lubię czuć pod ręką co robię i mam większą kontrolę nad tym. Faktem jednak jest, że po każdej takiej sesji musiałam nakładać grubą warstwę kremu i jeszcze jakiś potem skóra była szorstka. Manicure nie miałam, ale umiem sobie wyobrazić, co by z niego zostało ;).

5. W przypadku cegieł nie sprawdzą się np. silikonowe "kształtki" do fugowania zwykłych płytek. Tu klej włazi na cegłę, brudzi ją, dlatego w trakcie fugowania regularnie wycierałam cegły mokrymi gąbkami, żeby uniemożliwić mu zaschnięcie (potem usunięcie go jest bardzo ciężkie). Gąbki źle znosiły kontakt z cegłą, szybko się degradowały, zostawały na kamieniu, więc często trzeba było je wymieniać.

Mając wszystko co napisałam na uwadze, nie dziwi mnie już, że kolegę z pracy fachowiec namówił do bezfugowego kładzenia tych płytek. To ciężka, mozolna praca, wymagająca przyłożenia się. Przez moment miałam takie myśli, że może lepiej było wybrać płytki z gotową fugą, ale jednak efekt byłby zupełnie inny. Za to teraz mamy ścianę, która naprawdę wygląda jak kawałek odsłoniętego starego muru.

Tak wygląda różnica między płytką z i bez fugi. Dla niektórych te dodatkowe milimetry grubości mogą mieć znaczenie. Mnie one zniechęciły.



To, co nam pozostało, to impregnacja. Cegły wydają się mocno higroskopijne, poza tym przyciągają kurz, więc trzeba je zabezpieczyć. Liczę też, że uda się lepiej wyciągnąć ich kolor. Czekamy z tym doświadczeniem na marcową wypłatę ;).

You Might Also Like

2 komentarze

Like us on Facebook

Flickr Images